Sześć seriali, które warto nadrobić tego lata

Jak powszechnie wiadomo, lato jest okresem, kiedy znakomita większość seriali ma między sezonową przerwę. Jest to zatem dobry moment na wykorzystanie tego czasu na nadrobienie zaległości. Seriale można oglądać zawsze, kiedy jest ultra gorąco, ale też, kiedy pogoda niekoniecznie sprzyja wypadom nad jezioro albo inne działki. Sama mam listę produkcji, które muszę obejrzeć, a na które czasu brak jesienią czy w mid-seasonie. Fakt, takie nadrabianie seriali, które np. nowy sezon pokażą jesienią wprowadzi nas w kolejną spiralę, ale muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie żałowałam takich zabiegów. Oto 6 seriali, które warto nadrobić tego lata (albo ogólnie warto je po prostu obejrzeć).

„The last man on earth”, czyli zaczynamy od komedii i to komedii nietypowej. Tytuł jest trochę mylący i może odstraszać. No, bo jak to? Serial o ostatnim człowieku na ziemi? To musi być okropnie nudne! A ja wam powiem, że wcale nie. Will Forte (Phil Miller), który zarówno jest pomysłodawcą całego projektu, jak i odtwórcą głównej roli, na ekranie prezentuje się genialnie. Cały pierwszy odcinek to popis jego umiejętności. Cały pierwszy odcinek to tylko on i my. I uwierzcie mi, człowiek się nie nudzi. Kolejne odcinki, to nowe postaci i za każdym razem bardzo spodziewane reakcje Phila. Największą ironią jest pojawienie się przystojnego mężczyzny o tym samym imieniu i nazwisku, którego Phil nie potrafi zaakceptować. Serial, jakby nie było, opowiada o dość poważnej sprawie. W końcu na ziemi zostało tylko kilka osób, które dopiero po roku odnajdują siebie nawzajem i próbują stworzyć społeczność. Historia została przedstawiona w sposób komediowy, z humorem sytuacyjnym, same postaci są stworzone fenomenalnie i świetnie pokazuje przekrój społeczeństwa, jaki dobrze znamy. Pierwszy sezon liczy 13 odcinków, które trwają 20 minut, więc nie zabierze wam to dużo czasu, a naprawdę warto. Drugi sezon pojawi się już niedługo.

„Jane the virgin” to kolejna komedia, która zadebiutowała jesienią 2014 i szybko stała się hitem. Po zaledwie kilku odcinkach serial otrzymał nominację do Złotego Globu, a odtwórczyni głównej roli, Gina Rodriguez, została nagrodzona Globem za najlepszą rolę kobiecą w komedii. Serial jest inspirowany telenowelą „Juana la virgen”, która została również przełożona na polskie realia w „Majce”. Jednak porównanie wersji amerykańskiej i polskiej nie pozostawia złudzeń, że jednak to „Jane the virgin” jest po stokroć lepsze. Należy zaznaczyć, że nie jest to produkcja wybitna, czy głęboka. Historia Jane jest na tyle nieprawdopodobna, że nie sposób jej przedstawić w inny sposób niż komedia i do tego z takimi wątkami pobocznymi. Jane jest świeżo po studiach, pracuje w hotelu, ale tak naprawdę chce zostać autorką książek, najlepiej romansów. Oczywiście. Będąc dziewicą, zostaje sztucznie zapłodniona, co stało się katalizatorem wielkich zmian w jej życiu. Pochwały dla Giny Rodriguez za rolę Jane są jak najbardziej na miejscu. Ale gwiazda Jaime Camila świeci jeszcze jaśniej. Camil wciela się w rolę Rogelio de la Vegi, czyli ojca Jane, który jest też gwiazdą telenowel i latynoskim amantem. Jest tak okropnie narcystycznie zapatrzony w siebie, że nie widzi w tym nic złego, na budzik ma ustawioną piosenkę, którą sam śpiewa, a do tego najważniejsi są jego „followersi” na Twitterze. To wszystko ubrane w komediowy wydźwięk i mamy postać wyolbrzymioną i prześmiewczą, a do tego zagraną genialnie. „Jane the virgin” jest serialem lekkim i przyjemnym, idealnym na lato, i idealnym na oderwanie się na chwilę od szarej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że oglądam wszystkie seriale Shondy Rhimes. Pierwsze było „Grey’s Anatomy”, potem „Private Practice”, a z dużym opóźnieniem zaczęłam „Scandal”. Kiedy zobaczyłam, że kolejna jej produkcja znalazła się w ramówce ABC wiedziałam, że tutaj też nie będę potrafiła stanąć z boku. „How to get away with murder” to historia genialnej pani prawnik, która jest też wykładowcą oraz kobietą silną, pewną siebie, ale też z demonami z przeszłości. Shonda Rhimes ma rękę do tworzenia postaci silnych kobiet, którym gotuje nienajlepszy los. Tutaj też należy podkreślić, że ten serial nie jest niczym wybitnym, ale… no właśnie, ale jest rozrywką samą w sobie. Scenarzyści „How to get away with murder” są genialni w tworzeniu kolejnych twistów, cliff hangerów, a jeszcze dodatkowo wprowadzając element paranoi i zaskoczenia w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego, to tak uzależnia i dlatego tak to lubię. Nie wszystkie seriale muszą być genialnie nakręcone, z cudownym scenariuszem, żeby po prostu się podobały i z tym właśnie tak jest. Jest jeszcze jedna zaleta tego serialu, największa, a mianowicie Viola Davis. Jej rola jest fenomenalna, a scena, kiedy przychodzi do domu, zmywa makijaż i przygotowuje się do snu, była jedną z mocniejszych tego sezonu. Dla samej jej kreacji należy ten serial zobaczyć.

Zaczynając „Outlandera” naprawdę spodziewałam się czegoś zupełnie innego niż cały sezon pokazał. Nie czytałam wcześniej książek, na podstawie których serial powstaje, dlatego zupełnie nie wiedziałam, co może się zdarzyć. Po całym sezonie muszę powiedzieć, że ten serial przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Jest to romans i o tym nie należy zapominać, więc też panom może się nie spodobać, ale… znowu to ale.. No, ale jednak warto przezwyciężyć swoje uprzedzenia. Claire poznajemy krótko po II wojnie światowej, kiedy wraz z mężem udaje się do Szkocji, aby zbadać jego historię i odnaleźć przodków. Okazuje się, że miejsca otaczające Inverness są przepełnione magią i Claire przenosi się w czasie o dwa stulecia do tyłu. Można powiedzieć, że mimo dezorientacji i uczucia zagubienia, szybko odnajduje się w nowej sytuacji. Kiedy w jej życiu pojawia się młody Jamie, szybko widać między nimi nić przyciągania. „Outlander” jest serialem zrealizowanym w sposób cudowny. Przepięknie pokazano w nim Szkocję, zwyczaje, stroje, język oraz historię, którą przyszło nam poznać. Jest też serialem, który przesunął jeszcze odrobinkę granice tego, co wypada pokazać w telewizji. Jest w nim pełno scen zarówno pięknych, przepełnionych miłością i pożądaniem, ale też takich, które są okropne, obrzydliwe i pełne przemocy. Właśnie dlatego „Outlander” nie jest typowym romansem, gdzie wszystko jest przesłodzone i cudowne. Popada delikatnie w skrajności, ale nie przeszkadza to w odbiorze całości. Należy się cieszyć, że seria książek Diany Gabaldon trafiła do telewizji Starz, bo inaczej serial mógłby wyglądać zdecydowanie inaczej.

„Halt and catch fire” to moje zeszłoroczne odkrycie. Serial stacji AMC został osadzony w latach 80. ubiegłego wieku i opowiada o branży komputerowej i jej rozkwicie. Skupia się na fikcyjnej firmie, do której trafia Joe, ambitny, stanowczy, apodyktyczny i pewny siebie mężczyzna, z własną wizją tego, jak powinien wyglądać przemysł IT. W tej roli pojawia się genialny Lee Pace. Pierwszy sezon skupia się wyłącznie na nim. Poznajemy jego przeszłość, jego fobie, jego chęć bycia najlepszym. Teraz AMC jest w trakcie emisji drugiego sezonu, który skupia się bardziej na rolach pań, Donny i Cameron, w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Nie ocenię serialu pod względem merytorycznym, bo po prostu się na tym nie znam, czego nie będę ukrywać. Seriale AMC o ubiegłych epokach są genialnie zrealizowane i to już mieliśmy okazję zobaczyć przy „Mad Menie”. Dbałość o szczegóły, moda, muzyka, najdrobniejsze detale stanowią o tym, że jest to serial warty uwagi. Drugi sezon nabrał tempa, jest zdecydowanie lepszy od pierwszego, i możemy poznać bliżej głównych bohaterów. No i jest Lee Pace, więc czego można więcej chcieć.

Na deser „Orphan Black„, który jest zdecydowanie moim ulubionym serialem o tematyce sci-fi. Historia Sary Manning, która z biegiem czasu dowiaduje się, że znajduje się w środku wielkiej afery z udziałem jej klonów, wciąga, jest ciekawa no i przede wszystkim ma genialną Tatianę Maslany. Tatiana wciela się w rolę każdego klona i są to postaci tak skrajnie od siebie różnie, że czasami trzeba siebie puknąć i przypomnieć sobie, tak, to ta sama aktorka. W tej chwili jesteśmy po emisji trzeciego sezonu, historia nabiera coraz większego tempa i coraz więcej rzeczy wiadomo. Z biegiem czasu okazuje się, że klonów jest więcej – i to nie tylko żeńskich, klony chorują, a zbawienne dla nich będzie odnalezienie ich oryginalnego materiału genetycznego. „Orphan Black” jest przepełniony akcją i twistami, ale też dobrym humorem sytuacyjnym. Zdecydowanie serial, który należy zobaczyć.

Zapraszam was do komentowania i dorzucania swoich propozycji. Zapraszam również do polubienia mojego fan page’a na Facebooku, dzięki czemu nie ominie was żaden nowy tekst, oraz inne informacje ze świata seriali i filmów.

2 comments on “Sześć seriali, które warto nadrobić tego lata

  1. Świetnie wszystko opisałaś. Obejrzałam na razie 1 odc Jane the virgen szczerze tylko dla Bridget Regan którą uwielbiam. Spodobał mi się i będę oglądała dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *