„Love”, czyli słodko-gorzki Netflix

Obejrzałam „Love”. Całe. W sumie przy dziesięciu odcinkach po pół godziny nie potrzeba na to dużo czasu, więc to żaden wyczyn. Ale czy ten czas był stracony, czy wręcz przeciwnie? Szczerze przyznam, że uczucia mam mieszane. Mam też wrażenie, że taki efekt chcieli osiągnąć twórcy i to sprawia, że czuję się jeszcze bardziej dziwnie.

„Love” to nowy serial obyczajowo-komediowy (z naciskiem na to pierwsze) od Netfliksa. Za całe zamieszanie odpowiadają Judd Apatow, Paul Rust i Lesley Arfin. Już po nazwisku pierwszego pana można sobie mniej więcej wyobrazić, jak całość będzie się prezentować. Mamy, więc dwójkę bohaterów po trzydziestce. Poznajemy ich, kiedy oboje są w związkach, z których jeden mimo wszystko wydaje się ciut trwalszy od drugiego. Jak można się spodziewać owe związki się rozpadają, co w końcu prowadzi do spotkania Mickey (Gillian Jacobs) i Gusa (Paul Rust). Mickey jest kobietą z problemami na tle emocjonalnym i uzależnieniami. Na przestrzeni dziesięciu odcinków zdaje sobie sprawę z niektórych z nich i próbuje sobie poradzić. Destrukcje swojego życia przenosi też na Gusa. Bardzo niezręczny i głupkowaty facet jest nauczycielem na planie serialu, ale ma aspiracje, żeby pisać scenariusze. Z jednej strony, oboje chcą nowego związku, ale z drugiej on się tak szybko kończy, jak zaczyna. Wniosek? Oni tak naprawdę nie wiedza, czego chcą.


Z naszymi bohaterami jest też jeden bardzo duży problem – nie wzbudzają sympatii. Na początku wydają się być fajni, bez zbytniego zadęcia, tacy normalni. Zakładam, że zamiarem twórców było ich zestawienie na zasadzie przeciwieństw. Mickey to ta z problemami, uzależnieniem i generalnie zła, a Gus to chłopak, który jest dla wszystkich miły, złego słowa nie powie. Problem w tym, że w trakcie tych dziesięciu odcinków Mickey zaczyna rozumieć swoje błędy, a Gus zaczyna je popełniać i koło się zamyka. Każde z nich jest egoistą. Oboje zachowują się, mówiąc kolokwialnie, jak dupki.
Sam serial, pomimo takich bohaterów ogląda się nieźle. Nie ma tu wielkich twistów, jest życiowo. „Love” w bardzo realistyczny sposób pokazuje, jak wygląda randkowanie trzydziestolatków, kiedy chce zadowolić się każdego i przy tym wypaść z jak najlepszej strony. Więcej tu tragedii niż komedii, ale uśmiechnąć się też uda.


Aktorsko jest nieźle. Jacobs jest znana ze swojej roli w „Community”, której przyznam szczerze, tutaj nie widziałam. Poradziła sobie całkiem dobrze z oddaniem uczuć osoby uzależnionej, a przy tym spragnionej uczucia i zainteresowania. Rust, który współtworzy serial też prezentuje się świetnie. Tak skonstruowana postać pozwoliła mu w pełni oddać pełnie talentu.
Moje mieszane uczucia wynikają przede wszystkim z tego, że twórcy za bardzo starali się pokazać, że ich bohaterom – no właśnie, zależy albo nie zależy. Postawili tu bardzo cienką granicę, która się zaciera, robiąc ze wszystkiego twór nijaki. W sumie „Love” wyróżnia się tylko byciem zwyczajnym. Nie jest to serial wybitny, nie odkryto tu Ameryki, nie ma nic nowego, nic nie zachwyca. Podejrzewam, że jego premiera przejdzie bez echa, nie będzie wokół niej żadnej dyskusji. Netflix może chce zwiększyć ilośc oryginalnych produkcji, ale powinni zastanowić się, czy warto narażać przy tym jakość, którą sobie wypracowali.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *