Flaked – kolejna, bardzo czarna komedia Netfliksa

Po „Love” przyszedł czas na „Flaked”. Oba seriale to teoretycznie komedie, ale mi bardziej pasują na dramat z elementami komedii. Wydaję mi się, że serial Willa Arnetta bardzo dobrze wpisuje się w obecny w tej chwili trend. Nie słodzimy, nie przesadzamy, pokazujemy wszystko takim, jakie to faktycznie jest. Takie są „Togetherness”, „Love”, „Looking” (który teraz oglądam 3 raz). Po prostu jest tam człowiek, osadzony w większej lub mniejszej przestrzeni, jego znajomi i oczywiście ich problemy. Czy taki format się sprawdza?

„Flaked” rozpoczyna się dość mocno, bo od monologu głównego bohatera, Chipa (Arnett), na spotkaniu anonimowych alkoholików. Jak się dowiadujemy mężczyzna sam jest alkoholikiem, po pijaku przyczynił się do śmierci jakiegoś chłopaka. Teraz jest „czysty”, a od tych wydarzeń mija 10 lat. Ale czy na pewno? Okazuje się, że Chip całe swoje życie w Venice zbudował na kłamstwie. Tego zdradzać wam nie będę, bo to naprawdę duży twist. Pierwszy sezon ma zawrotne 8 odcinków po 30 minut każdy. Wczoraj zdążyłam obejrzeć je wszystkie. Uczucia mam mieszane, ale znowu – jak przy „Love” – wydaję mi się, że taki właśnie był zamysł twórców. Przez kilka pierwszych odcinków budujemy sobie opinie na temat Chipa, tego jak traktuje ludzi, nawet najbliższych przyjaciół – nie pojawia się na umówionych spotkaniach, na niczym mu nie zależy, nie ma nawet telefonu (komórki w sensie :P). W Venice Chip otworzył sklep meblowy, ale z jakiegoś powodu klienci nie stoją w kolejce po designerskie meble. Z czego Chip w takim razie żyje? – zapytacie, co zdecydowanie nakazuje logika. Na odpowiedź na to pytanie, też trzeba poczekać.

will arnett flaked
W jednym z odcinków „Flaked” pada piękne zdanie, że społeczność w Venice jest jak ta w Internecie, ale w prawdziwym życiu. Takie niewinne, a jak bardzo oddaje esencję naszych czasów. Prawda, Internet pozwala na wiele rzeczy – np. zaangażowanie się w projekty i wydarzenia,  o których normalnie nie mielibyśmy pojęcia. W nowym serialu Netfliksa wszyscy walczą o wspólną przestrzeń i robią to osobiście. Jest to mały element całej historii, ale zdecydowanie daje do myślenia.
Do Chipa wracając. Facet sprawia wrażenie hedonistycznego hispstera, który ani myśli podporządkować się komukolwiek. Taki trochę Hank Moody, ale mniej rozrywkowy. Oczywiście w grę również wchodzą kobiety, które same wchodzą mu do łóżka, a jego najlepszy przyjaciel ciągle mu tego zazdrości. Chipa trudno rozgryźć, bo z jednej strony robi coś dla całej społeczności i zachwala ją, ale w tym wszystkim ma swój ukryty motyw. Postać Willa Arnetta jest okropnie narcystyczna, egoistyczna i mistrzowsko kłamie. Ale przez to, że jest to ten aktor, w tym miejscu i w takiej historii, nie sposób go nie lubić. Można rozprawiać nad jego motywacją, ale z czasem dowiadujemy się, że pod płaszczykiem egoizmu kryje się człowiek dobry, który również potrafi i chce pomóc innym.


„Flaked” ogląda się dobrze – zdecydowanie lepiej niż „Love”. Nie ma tu w prawdzie momentów WOW!, ale coś sprawia, że chcemy obejrzeć kolejny odcinek. Klimat serialu jest niepowtarzalny. Fabuła została osadzona w bardzo małej przestrzeni – poruszamy się pomiędzy domem Chipa, jego sklepem i kilkoma innymi lokacjami w obrębie Los Angeles. Venice jest chyba miejscem, które zachwyci wszystkich, bo znajdzie się tam wszystko – bogate korporacje, nowoczesne kawiarnie, rodzinne restauracje i inne hipsterskie sklepy. Will Arnett stworzył w tym serialu wszystko – napisał scenariusz, był producentem i gra główną rolę. Jedynie reżyserię pozostawił komuś innemu. Myślę, że przez to cała historia stała się bardziej osobista i kompleksowa.

Zobacz również: „Love”, czyli słodko-gorzki Netflix

Podsumowując, jeżeli macie ochotę na typowe dramedy, ale z przewagą drama, lepiej sięgnijcie po „Flaked” niż po „Love”. Will Arnett na ekranie prezentuje się znakomicie. Jest tutaj niepowtarzalny klimat, dzięki któremu wsiąkamy w historie na ekranie. Serial momentami zaskakuje, ale też nuży. Pełno w nim filozoficznych rozważań, pytań o sens życia – zdecydowanie więcej niż żartów. Wobec znanych już produkcji, które podałam na początku „Flaked” nie wyróżnia się może jakoś szczególnie, ale zdecydowanie nie przekłamuje rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *